„Rugby to moje życie” – rozmowa z Mirosławem Żórawskim

Jako dumny sponsor drużyny Master Pharm Budowlani SA Łódź rozmawiamy z osobą, która klub oraz samo rugby zna jak mało kto, a więc z Mirosławem Żórawskim – byłym zawodnikiem, trenerem i sędzią, a obecnie dyrektorem sportowym wicemistrzów kraju z poprzedniego sezonu.

– Zacznijmy od pytania, z którym musi się zmierzyć chyba każdy sportowiec – dlaczego rugby i co robiłby Pan, gdyby nie został rugbistą?

– Rugbistą zostałem? przez przypadek. Jako młody chłopak uprawiałem piłkę nożną, ręczną i LA (lekkoatletykę – przyp. red.), ale dzięki namowie kolegi poszliśmy wspólnie zobaczyć co ta za nowy sport? rugby i tak od 1980 roku zostałem w rugby (kolega, z którym poszedłem skończył w tańcu towarzyskim).

– Czym jest dla Pana rugby? Rozrywką i pasją, czy też może pracą i sposobem na życie?

– Praktycznie wszystkim, bo wszystko w moim życiu dzieje się wokół rugby. To moja pasja, praca zarobkowa i sposób na życie.

– Od wielu lat jest Pan związany z tą dyscypliną – najpierw jako czynny zawodnik, potem trener i sędzia, a obecnie dyrektor sportowy. Która z tych ról jest Pańskim zdaniem najtrudniejsza?

– Każda z tych ról miała specyfikę i swoje zadania, które starałem się jak najlepiej realizować. Najtrudniejsze zadania stawiała jednak przede mną praca trenerska. Walka o tytuł mistrzowski to ogromna presja i wyzwanie.

Mirosław Żórawski Master Pharm Budowlani SA Łódź

Tak Mirosław Żórawski świętował wywalczenie mistrzowskiego tytułu w roli trenera Budowlanych w 2010 r. (Fot. Radoslaw Józwiak / Agencja Gazeta)

– Jest Pan obecnie dyrektorem sportowym drużyny Master Pharm Budowlani SA Łódź, aktualnego wicemistrza kraju. Odnieśliście z pewnością duży sukces, ale i zapewne pozostało w Was uczucie niedosytu po przegranym finale z gdyńską Arką. Proszę więc powiedzieć, jakie cele stawiacie przed drużyną w kolejnym sezonie oraz czego mogą spodziewać się z Waszej strony kibice?

– Drużyna była silna i dobrze przygotowana do sezonu, ale plany pokrzyżowały nam kontuzje. Kilku czołowych zawodników nie mogło zagrać w nieznacznie przegranym finale, stąd ten niedosyt. Rozpoczyna się nowy sezon i podobnie jak w poprzednich celujemy w medal, ale nie ukrywamy że naszym marzeniem jest odzyskanie tytułu mistrza Polski. Naszym kibicom chcemy pokazywać efektowną grę zgodnie z naszym motto: WALCZYĆ I WYGRYWAĆ (w dwóch pierwszych meczach rundy jesiennej Budowlani ograli w Warszawie SKRĘ oraz ulegli na inaugurację nowego Stadionu Miejskiego w Łodzi mistrzowi z Gdyni – przyp. red.).

– Jak wiadomo, rugby to sport kontaktowy, przez niektórych uznawany wręcz za brutalny, w którym nietrudno o kontuzję. Czy rzeczywiście częstotliwość urazów jest większa niż w innych grach zespołowych? Jak radzicie sobie z problemami zdrowotnymi i na ile w ich leczeniu przydatna okazuje się współpraca z marką Qmed?

– Kontakt w rugby jest tak częsty, że dla nas wręcz naturalny. Zawodnicy są teraz dobrze przygotowani fizycznie, stąd kontakty są mocne i dynamiczne, niosąc za sobą również kontuzje. Taki jest współczesny sport i rugby nie odbiega w żaden sposób od standardów. Najpierw profilaktyka, potem diagnostyka i leczenie z rehabilitacją. Nie ukrywam, że marka Qmed funkcjonuje z nami od lat w tym „cyklu zdrowotnym” i pomaga nam bardzo. Szybkie działania i dobór odpowiedniego sprzętu pozwala w profilaktyce oraz powrocie do sprawności zawodników. Jesteśmy z tej współpracy naprawdę zadowoleni.

– W drużynie Budowlanych gra również Pański bratanek Łukasz, który wspomina, że to Pan zaszczepił w nim miłość do rugby. Czy jego rodzice nie mieli Panu tego za złe, zwłaszcza wówczas, gdy cierpiał z powodu kontuzji? Czy ze względu na pokrewieństwo z Panem Łukasz może liczyć na taryfę ulgową, czy wręcz przeciwnie, wymaga Pan od niego dwa razy więcej niż od innych?

– W młodym wieku Łukasz wyjeżdżał ze mną na różne akcje szkoleniowe, polubił rugby i samodzielnie zadecydował o zamianie piłki okrągłej (nożnej) na owalną. Podobnie jak ja, dzięki rugby wiele przeżył i zobaczył, więc wiadomo było, że na wysokim poziomie czasem trzeba to okupić kontuzją. Łukasz nie miał z powodu pokrewieństwa oczywiście wcale łatwiej, starał się jednak grać i trenować jak najlepiej potrafił, słysząc na każdym kroku, że „nazwisko zobowiązuje”.

———-

Druga część wywiadu z Mirosławem Żórawskim już jutro na naszym blogu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Zaznaczone pola są obowiązkowe *

*